“Jeśli chodzi o fotografowanie, nie mam sekretów” – rozmowa ze Sławomirem Olzackim

[Sławomir Gawryluk] Panie Sławku, czy pamięta Pan kiedy zrobił Pan Swoje pierwsze zdjęcie?

[Sławomir Olzacki] Moje pierwsze zdjęcie, to właściwie nie było zdjęcie, ale  właściwie rayografia.   Zaprzyjaźniony z rodzicami fotograf, pan Błaszkowski,  wyzbywał się papieru chlorowego, mocno już przeterminowanego. Pokazał  mi jak położyć na tym liść kasztana i wystawić na słońce. Miałem wtedy 5 lat, a efekt zachwycił mnie tak bardzo, że zrobiłem sobie całą kolekcję różnych rayografii, z których byłem niesłychanie dumny. Moja rozpacz, kiedy po jakimś czasie papier się zaciemnił, a obrazy zniknęły była trudna do opisania. Nikt mi nie powiedział, że moje dzieła należało utrwalić.

A pierwsze prawdziwe zdjęcia zrobiłem w jakieś 4 lata później, Smeną 2, którą dostałem od wujka. Fotografowałem kolegów i podwórko, na którym się bawiliśmy. Poczyniłem też pewne próby w fotografii przyrodniczej. W szczycie domu, w którym mieszkałem, uwiła gniazdo para niedużych ptaków. Kiedy w pobliżu przechodził nasz kociak, ptaki te atakowały go bohatersko. Próbowałem to uwiecznić, ale bohaterowie byli mikrych rozmiarów, a scenę dało się fotografować z odległości kilku metrów. Na odbitce formatu 6×9 wszystko to rozpraszało się w szarościach. Pamiętam, że byłem bardzo rozczarowany efektem, niewspółmiernością między tym, co widziałem, a  tym, co zostało utrwalone na zdjęciu.

Bohaterami moich pierwszych fotografii byli ludzie i interesująca sytuacja. To mi zostało. Cała reszta mojej przygody z fotografią polegała na fotografowaniu ludzi i sytuacji.

Z cyklu: „Lato w szpitalu”.

Natknęliśmy się na siebie w szpitalnej toalecie. Wczesny ranek, parę minut po piątej. Słońce odbijało się od budynku naprzeciwko i takie miękkie, połamane wpadało przez okno do nas. “Panie, ja już nie mam siły żyć więcej – zagadnął. – Mam 82 lata, boje się operacji. Chcę umrzeć spokojnie”. “Pan Bóg dal panu życie, i Pan Bóg je zabierze, kiedy czas przyjdzie” – powiedziałem. “Mówi pan, jak nasz ksiądz proboszcz” – odrzekł niepocieszony. Patrzyłem na niego i nagle mnie oświeciło.”Stój pan tu – powiedziałem – pójdę po aparat i zrobię panu zdjęcie”. “Po co? Jestem stary i brzydki?”. “Bo to może ostatnie zdjęcie, jakie ktoś panu w życiu zrobił”. Poczekał. I patrzył w obiektyw w świadomości tego, ze jego wizerunek przeżyje jego i mnie – odbitego w lustrze.

Lipiec 2008, wczesny ranek. Zorka 4, Orion 15, Fuji Superia 1600.

[S.G.]Fotografia reporterska stała się Pana codziennością. Czy czuje się Pan od niej uzależniony?

[S.O.] Nigdy o tym nie myślałem w tych kategoriach.  Etat fotoreportera w „Na przełaj” dostałem jako bardzo młody człowiek, miałem 19 lat, byłem na pierwszym roku studiów. Zanim dostałem etat, przysyłałem redakcji swoje zdjęcia, były publikowane.  Z czasem dostawałem nawet zlecenia na tematy. W liceum z kolegami redagowałem szkolną fotogazetkę „Paralaksa”. Właściwie od szesnastego roku życia patrzę na rzeczywistość w kategoriach tematów. Nie kadrów a tematów. To istotne rozróżnienie. Fotograf artysta widzi kadry, światło, układ plam czy linii. Reporter widzi tematy i myśli czy są ważne, a później, jak je zawrzeć w kadrze.

Fotografia reporterska jest językiem opowiadania o świecie językiem obrazu. Interpretowania go w takim sensie, że eksponuję sprawy i ludzi, którzy wydają mi się ważni, a pomijam to, co uważam za nieistotne. Nie o wszystkim warto przecież opowiadać.

Jeśli w ten sposób traktuje się fotografię, to ona staje się sposobem życia, istnienia w świecie. Myślenie o tematach, robienie zdjęć staje się taką czynnością jak oddychanie, czy jedzenie.  To nie jest jakaś wydzielona czynność.

Noc pizzy w u franciszkanów

Noc pizzy w u franciszkanów

Zobaczyłem ich w ostatniej chwili. Szli bardzo szybko, bardzo radośni. Nie biegam szybko, ale jakoś udało mi się ich wyprzedzić, po drodze zmieniając obiektyw. Zobaczyli mnie i jeden z nich się uśmiechnął.

Zdjęcie było publikowane w „National Geographic” w wydaniu z grudnia 2008 roku, niestety amerykańskim.

Asyż, lipiec 2006 roku

Mój syn ma oczywiście aparat fotograficzny. Mieszka w pięknym mieście, ma wielu znajomych. Kiedy pytam go czemu tak mało robi zdjęć, odpowiada mi, że nie ma na to czasu.  Dla niego czas fotografowania, to taki czas wydzielony jak czas na grę w piłkę, czy pójście do kina. Dla mnie fotografowanie jest czymś, co często wykonuję mimochodem – widzę coś, co wywołuje we mnie reakcję i odruchowo robię zdjęcie. Jeśli nie mam pod ręką aparatu, to telefonem komórkowym.

Nie zastanawiałem się jednak nigdy nad tym, czy jestem od fotografii uzależniony, tak jak nie zastanawiam się nad tym, czy jestem uzależniony od oddychania – po prostu oddycham.

[S.G.] Jest Pan laureatem wielu konkursów fotograficznych. Wyróżnienie w którym konkursie jest dla Pana szczególnie cenne?

[S.O.] Trudne pytanie.

Bardzo ważna była i pozostaje dla mnie moja pierwsza poważna nagroda w XX ogólnopolskim Konkursie Fotografii Prasowej w 1976 roku. To był konkurs tylko dla zawodowych fotoreporterów, jakiś odpowiednik Grand Press Photo. Proszę pamiętać, że był to czas kiedy fotoreportaż w Polsce stał mocno, więc konkurencja była silna. Ja miałem wtedy 20 lat i byłem początkującym fotoreporterem. Byłem najmłodszym laureatem w historii tego konkursu. Szybko, przebojem wręcz, wszedłem do czołówki i to na dobre zatrzymało mnie przy fotoreportażu.

Najważniejszy był z kolei udział w Word Press Photo w roku 1987.  Przede wszystkim z powodu rangi tego konkursu, światowego przecież i tylko dla profich. Byłem siódmym Polakiem, którego zdjęcia znalazły się na WPP. Uroczystość wręczenia nagród w Amsterdamie odbywała się w katedrze, w której koronowani są królowie Holandii, prowadził ją minister spraw zagranicznych Holandii,  a laureatom towarzyszyli ambasadorowie ich państw. Miałem wtedy okazję nie tylko poznać najwybitniejszych fotoreporterów na świecie, ale i rozmawiać z nimi jak równy z równym.

Duże wrażenie zrobiła na mnie rozmowa z Janett Knott, laureatką Złotego Oka. Dostała ją za sfotografowanie rodzin załogi promu kosmicznego Challenger, który spłonął wkrótce po starcie. Podczas kiedy licznie zgromadzeni na miejscu startu fotoreporterzy skupili swoją uwagę na płonącym promie, Janett odwróciła się i fotografowała rodziny załogi. Były to wstrząsające zdjęcia. Powiedziała mi: „wiesz, teraz wiem na pewno, że w naszym zawodzie najważniejsi są ludzie”.

Żałowałem, że nie udało się porozmawiać z fotoreporterami z ZSRR. Otrzymali nagrody za zdjęcia z katastrofy elektrowni atomowej w Czarnobylu. Wkrótce po zakończeniu oficjalnej części uroczystości, a przed częścią towarzyską, wraz ze swoim ambasadorem opuścili katedrę.

Udział w WPP był dla mnie ważny z jeszcze jednego powodu: zdjęcie zrobiłem po kilkuletniej przerwie w wykonywaniu zawodu fotoreportera. W czasie tej przerwy byłem doktorantem profesora Jerzego Szackiego w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego. Wahałem się pomiędzy fotografią a socjologią. Szczęśliwie dla fotografii nie zostałem jednak w Instytucie.

Zdjęcie z WPP otrzymało też nagrodę w XXVII z kolei Ogólnopolskim Konkursie Fotografii Prasowej. Zabawne jest to, że tytuł zdjęcia „Kobiety rzucają wyzwanie”, został w druku przekręcony i na dyplomie mam napisane „Kobiety rzucają wyznanie”.

Dwa oblicza władzy

Dwa oblicza władzy/Two Faces of Power

Warszawa, Mistrzostwa Europy w kulturystyce 1986. Zawodniczka na zdjęciu, reprezentantka Holandii, uchodziła za pewną kandydatkę do tytułu mistrzowskiego. Jeszcze przed ogłoszeniem wyników fotoreporterzy wyciągnęli ją przed Torwar i fotografowali na tle muru. Ja siedziałem na trawniku i paliłem extra mocnego. Zauważyłem, że na górze gromadzą się gapie i obserwują “plener” na dole. Założyłem standard. Fotoreporterzy mieli teleobiektywy, więc widzieli tylko zawodniczkę i mur. W pewnym momencie na górze stanął patrol milicyjny. Ona zauważyła ich kątem oka, odwróciła się i pokazała muskuły. Wtedy nacisnąłem migawkę.

Zdjęcie było na wystawie World Press Photo w Amsterdamie, uzyskało też nagrodę na Ogólnopolskim Konkursie Fotografii Prasowej. W Polsce wystawiłem je pod tytułem „Kobiety rzucają wyzwanie”.

Do dzisiaj zdjęcie to drukowane jest przez znane wydawnictwo Art Unlimited  (http://www.artunlimited.com/catalog/catalogItem.do?cataloglist=true&artnr=B0799&pager.offset=0&title=Slawomir%20Olzacki%20Olzacki/Two%20faces%20of%20power/WPP%20Postcards%20B0799) i sprzedawane po 0,90 euro we wszystkich dobrych sklepach na całym świecie. Dochód ze sprzedaży zasila konto fundacji przyjaciół World Press Photo, bo tak postanowiłem w roku 1987.
Canon New F1, Fotopan HL, 400 ASA

Za swój największy sukces uważam jednak nie moją nagrodę, także w World Press Photo. Nagrodę tę otrzymał fotoreporter z Kaługi, Kola Nizow. W czasie pobytu w Polsce Kola pokazał mi kilka swoich zdjęć. Były świetne, więc zacząłem go namawiać do wysłania ich na WPP.  Dał się przekonać. Wysłał. Dostał złoty medal.  W albumie, który mi później podarował, nazywa mnie „ojcem chrzestnym” swojego sukcesu. Jest to jedna z moich cenniejszych pamiątek. Planowaliśmy z Kolą wspólne przedsięwzięcia fotograficzne, ale kontakt niespodziewanie się urwał. Po latach przypadkowo zupełnie dowiedziałem się, że Kola zmarł nagle. Na domu, w którym mieszkał, jest dziś pamiątkowa tablica.

[S.G.] Wiem, że wciąż fotografuje Pan aparatami analogowymi. Czy Pana zdaniem fotografia cyfrowa wniosła do fotografii reporterskiej więcej złego czy dobrego?

[S.O.] To prawda, nadal używam analogów kiedy to tylko jest możliwe. Różne „udogodnienia”, oferowane przed producentów cyfrówek, stabilizatory obrazu, wielostrefowe systemy ustawiania ostrości i pomiaru światła, niezbyt mi się przydają. Analog z jego manualnym fokusem jest nadal na ogół szybszy od najszybszej cyfrowej lustrzanki. Optyka analogów wciąż  pozostaje niedoścignionym wzorem dla cyfrowej. Automatyka uwalnia wprawdzie ręce, ale nie zwalnia od myślenia, ani nie zastępuje oka. I jeszcze jedna ważna sprawa – tylko przy analogu dotykamy magii fotografii. Przeżywamy ten cień niepewności, jak wyjdą zdjęcia. Bo nie ma podglądu.

Elektryczna panna młoda

Elektryczna panna młoda

Mieli już wychodzić do ślubu. Nagle zaczął padać deszcz. Zatrzymali się w progu. Chłopcy z kwiatami schronili się pod ścianą.

Goworowo, 20 czerwca 1981 roku

Kiev 4, Kodak Tri X, 400 ASA

Są jednak sytuacje, w których i ja zmuszony jestem używać cyfry. Po pierwsze wtedy, gdy ważny jest czas oddania zdjęć. Po drugie – we wszystkich sytuacjach oficjalnych, na przykład pielgrzymce Benedykta XVI do Polski, czy ostatnio przy odsłonięciu pomnika ofiar smoleńskiej katastrofy. Muszę uwzględniać to, jak jestem postrzegany przez kolegów i co ważniejsze, przez służby porządkowe. Są sytuacje, w których zmuszony jestem wyglądać jak profi. Kiedy jednak przed rokiem byłem honorowym gościem Kongresu Kultury Polskiej (w dowód uznania za moje zdjęcia, zrobione w czasie pamiętnego Kongresu w 1981 roku, przerwanego stanem wojennym) i na mojej szyi wisiała wizytówka VIP, fotografowałem analogowo.  Uważam, że dzięki temu mam ciekawsze zdjęcia niż fotoreporterzy cyfrowi akredytowani przy Kongresie.

Fotografia cyfrowa wniosła rzeczy dobre i rzeczy złe do fotografii w ogóle.

Największym dobrem jest chyba to, że upowszechniła fotografię. Dzięki cyfrowej rewolucji znacznie więcej osób robi teraz zdjęcia. Digitalizacja sprawiła też, że te zdjęcia mogą być publikowane w Internecie, są w społecznym obiegu.

Ludzie zamieszczają je nie tylko w portalach fotograficznych czy społecznościowych, ale także wysyłają w mailach. Coraz większa liczba ludzi opowiada o swoim świecie za pomocą uniwersalnego języka obrazu fotograficznego.

W przypadku reportażu to dzięki fotografii cyfrowej możliwa jest kariera w rodzaju „reporter tvn24” .

Tu jednak zaczynają się niebezpieczeństwa. Ponieważ największy popyt wydawców jest na wypadki i katastrofy, wielu reporterów-amatorów staje się zwykłymi gapiami. Gapiami stają się też odbiorcy ich zdjęć.  Tymczasem prawdziwy reportaż to jednak interpretacja rzeczywistości.

Drugim niebezpieczeństwem fotografii cyfrowej jest nadprodukcja zdjęć. Zrobienie zdjęcia nie zużywa filmu, nic nie kosztuje. Ludzie robią więc ogromne ilości banalnych, bezsensownych ujęć podobnych do siebie jak dwie krople wody. Zachęcają ich do tego reklamy sprzętu – 5, 7, 9, 10 klatek na sekundę. Przeświadczenie, że im więcej klatek, tym łatwiej wybrać genialne ujęcie jest złudne. To trochę tak, jakby wierzyć, że jeśli przy milionie klawiatur posadzi się milion małp i one będą bezładnie stukały w klawiaturę, to kiedyś napiszą „Pana Tadeusza”.

Robienie zdjęcia jest aktem interpretacji rzeczywistości. Musimy wiedzieć co chcemy zdjęciem powiedzieć i dlaczego, zanim jeszcze naciśniemy migawkę.

Zawód, czy powołanie?

Szpital w Makowie Mazowieckim, ksiądz Józef Śliwka w czasie wizytacji szpitala. Szpitale zaczynały wtedy zatrudniać kapelanów.  Listopad 1990 roku.

Canon New F1, Fotopan HL, 400 ASA

[S.G.] Lada dzień ukaże się Pana książka  – wydana w formie elektronicznej. Do jakiego czytelnika kieruje Pan zawarte w niej porady?

[S.O.] Pisałem te porady przede wszystkim z myślą o ludziach, którzy chcą fotografować z sensem, a nie bardzo mają czas na czytanie obszernych podręczników fotografowania. Pisałem z punktu widzenia praktyka. Najczęściej jest tak, że mamy sfotografować jakiś temat: wydarzenie rodzinne, zawody sportowe, jakąś imprezę w szkole. Dlatego poszczególne rozdziały poświęcone są konkretnym tematom. Nie trzeba zatem czytać całości, wystarczy przed fotografowaniem przeczytać potrzebny rozdział.

Jest to książka dla tych, którzy już mają, albo wkrótce będą mieli aparat cyfrowy, ale przedtem nie zajmowali się fotografią.

Myślę jednak, że i bardziej zaawansowani fotoamatorzy znajdą tu wiele cennego materiału do przemyśleń. Do skonfrontowania swojej wiedzy i praktyki z wiedzą kolegi po fachu. To się bardzo przydaje. Sam mam zwyczaj przeglądać różne książki o fotografii, bo często znajduję w nich jakiś oryginalny pomysł, radę, której warto spróbować.

Mam nadzieję, że lektura moich porad książka uchroni Czytelników od najczęściej popełnianych błędów i sprawi, że ich albumy ze zdjęciami będą pełne interesujących zdjęć.

[S.G.] No właśnie, czy może Pan zdradzić swoją tajemnicę, a przynajmniej jej część? W czym leży sekret interesującego zdjęcia?

[S.O.] Jeśli chodzi o fotografowanie, nie mam sekretów. O tej części fotografowania, którą robię świadomie, jestem w stanie powiedzieć wszystko: co, jak, dlaczego tak, a nie inaczej. Często zdarza mi się pracować zespołowo, robiąc ten sam temat, w tym samym miejscu i czasie z kolegami. Poziom naszych umiejętności jest właściwie ten sam. Rzecz w tym, że każdy z nas ma trochę inne ujęcia, w innym momencie naciska migawkę. Bo coś innego wydało mu się ważne, inne rozmieszczenie planów, inna głębia ostrości. Ta część fotografowania, szczególnie jeśli chodzi o fotografowanie wydarzeń,  odbywa się na poziomie podświadomych odruchów. I oczywiście później jesteśmy w stanie wyjaśnić dlaczego zrobiliśmy tak, a nie inaczej, ale w chwili fotografowania wszystko dzieje się tak szybko, że na myślenie, analizę wariantów i możliwości po prostu nie ma czasu. Dlatego wiedza o fotografowaniu to jedno, samo zaś fotografowanie, to drugie.

Ja bym to może porównał do mówienia i pisania. Otóż każdy z nas zna zasady gramatyki i ortografii. Mamy podobny zasób słów. A jednak każdy to samo wydarzenie opowie inaczej, na coś innego położy akcent, inna będzie kolejność narracji, inne dobór słów. To kwestia stylu.

I tu właściwie dotykamy sprawy najważniejszej: motywacji. Fotografia, nawet jeśli traktować ją jako hobby, uczy pewnego stosunku do życia i rzeczywistości. Bardzo dobitnie uświadamia, że nic nie zdarza się dwa razy. Nawet jeśli fotografujemy krajobraz, nigdy warunki nie są takie same.  Chwile, z których składa się nasze życie, są niepowtarzalne. Życie biegnie nieustannie naprzód, zmieniają się ludzie, jedni odchodzą na zawsze, inni przychodzą na świat. Zmienia się wygląd naszych miast i wsi. Zmienia się krajobraz. I to, co teraz wydaje się zwykłe i pospolite za kilkadziesiąt, a nawet kilkanaście lat, staje się egzotyczne i interesujące dla młodszego pokolenia. Z naszych dróg zniknęły furmanki, z pól konie. Nie ma stad wróbli na poboczach. To wszystko może przetrwać tylko na fotografiach.

Zanim nakręcił „Vabank”

Zanim nakręcił „Vabank”

Juliusz Machulski, wtedy jeszcze student łódzkiej filmówki. Zaczynało być o nim głośno. Redakcja „Na przełaj”, w którym byłem wtedy etatowym fotoreporterem, postanowiła zamieścić z nim wywiad oraz dać zdjęcie na okładkę. Zdjęcie okładkowe, kolorowe, przedstawiało Machulskiego w drzwiach miejskiego autobusu, czerwonego jelcza-ogórka. To robiłem na tyłach placu Trzech Krzyży w Warszawie. Machulski był speszony, pogoda nieświetna. Niełatwo było o dobre ujęcie. Później żałowałem, że w tle nie przechodził Murzyn z wielkim dogiem. No cóż, wtedy nikt z nas jeszcze nie wiedział…

Praktica LTL, ORWO NP. 27

Nasze dzieci rosną i dorośleją niewyobrażalnie szybko. Odchodzą na zawsze wujkowie, ciocie, dziadkowie. Fotografia została wynaleziona z wielkiej potrzeby utrwalania obrazów.

Fotografujemy przede wszystkim sercem. Brzmi to banalnie, ale myślę, że to jest największa tajemnica udanych zdjęć: chcieć opowiadać o świecie, wiedzieć, że on się zmienia, szanować naszą codzienną rzeczywistość, pamiętać, że wszystko jest ulotne.

[S.G.] Bardzo dziękuję za rozmowę.

[S.O.] Ja również dziękuję.

Fotograf-podróżnik czy podróżnik-fotoamator?

Dziś prezentuje Wam fragment wykładu Marka Waśkiela z warsztatów “Fotografia w podróży”.

Czy jadąc na wakacje w egzotyczne miejsca mamy szanse na dobre zdjęcia?

[audio:http://www.fotografujesz.pl/wp-content/uploads/2010/05/MW_pocztowkaCzyReportaz-fotograf-amator.mp3|titles=Marek Waskiel pocztówka czy fotoreportaż]

Posłuchaj i napisz w komentarzu co o tym myślisz.


Rozmowa z Markiem Waśkielem o fotografii podróżniczej i nie tylko.

[Sławomir Gawryluk] Marku, czy pamiętasz gdzie zrobiłeś swoją ostatnią fotkę? W Polsce, czy za granicą?

Marek Waśkiel

[Marek Waśkiel] Ostatnią fotkę?…, poczekaj chwilę, muszę sobie przypomnieć… W Polsce, jednak w Polsce. Ale wiesz taką zwykłą, w czasie testowania aparatu. Natomiast ostatnim dużym tematem była Macedonia. Byłem tam w końcu lipca.

[SG]: Jesteś dziennikarzem, historykiem, fotografem,  podróżnikiem, ojcem, mężem. Która z tych ról jest dla Ciebie najważniejsza?

[MW]: Wszystkie są ważne! Pozwalają na lepsze spojrzenie na to co robię. Z jednej strony są role, w których funkcjonujemy społecznie, a z drugiej strony zawodowo. Sądzę, aby móc spełniać się zawodowo, trzeba mieć poukładane wszystkie rzeczy związane z rodziną. Nie ma spełnienia zawodowego, jeżeli byśmy byli w konflikcie ze sprawami rodzinnymi. Moja rodzina zawsze mnie wspierała przy różnego rodzaju pomysłach. Myślę, że nie miałbym komfortu pracy, jeżeli nie miałbym spokoju rodzinnego. Jestem pewien, że stąd wynikają wszystkie inne, dobre sytuacje zawodowe. Chociaż oczywiście niezbędny jest kompromis. Wiedza historyczna przydaje się np. w czasie podróży aby zrozumieć np. podłoże współczesnych zachowań na Bałkanach itp.

[SG]: Jesteś w zasadzie fotografem podróżnikiem, bo fotografia podróżnicza jest Twoją domeną. Fotografia podróżnicza wymaga od fotografa znajomości wielu różnych technik, prawda? Fotografii portretowej, krajobrazowej, fotografii architektury, zbliżeniowej. Czy któraś z tych dyscyplin, które składają się na fotografię podróżniczą jest dla Ciebie szczególnie trudna i wciąż jest dla Ciebie wyzwaniem? Czy traktujesz je wszystkie na równi?

[MW]:  Wszystkie są równoprawne. Najbliższa memu sercu jest fotografia związana z człowiekiem, generalnie fotografowanie ludzi. Fotografia podróżnicza jest fotografią reportażową. Jak słusznie zauważyłeś, ma ona niejedno imię.  Bardzo często – nieomal potocznie – fotografia podróżnicza jest utożsamiana z fotografią krajobrazową. Podróżuję czyli robię pejzaż, czasem jakiś zabytek. To cząstka. Pełna, żywa relacja z wyprawy,  jeżeli ma zainteresować naszego potencjalnego odbiorcę, musi mieć szereg wątków. Aby  zachęcić czytelnika do poznania swojej relacji fotograf musi opowiadać różnymi obrazami. Muszą  się w niej pojawić portrety, zbliżenia, detale, portrety grupowe, zdjęcia architektury i inne drobiazgi np.  kulinaria.  Na dobry reportaż składają się różne zdjęcia także operujące wieloma różnymi planami oraz różnorodnymi ujęciami- piony, poziomy (tego wymagają wydawcy). Zawsze staram się  przygotować relację w ten sposób, aby w miarę kompletnie opowiedziała o tym, co widziałem. Jednak wiem, że czytelnicy i widzowie (podobnie jak ja) bardzo lubią oglądać życie innych ludzi, więc staram się koncentrować na tego typu przekazach. Dlatego czekam aż na ulicy pojawią się ludzie, aż jakaś osoba zbliży się do budynku. Powiadam, że nic tak nie ożywia zdjęcia jak „czynnik ludzki”. Nawet gdy jest nim kot, pies lub kura :)

[SG]: Jeżeli chodzi o warsztat, to również musisz być wszechstronny.

[MW]: Fotografia podróżnicza wymaga znajomości wielu technik i rodzajów fotografii. Często w trakcie realizacji materiału trzeba improwizować. Gdzieś wymyślić małe studio, bo trzeba zrobić detal,  za chwilę ocieramy się o makro kiedy fotografujemy unikalnego owada lub kombinujemy jak zrobić zdjęcie w ciemnym pomieszczeniu kiedy nie można używać lampy błyskowej np. większość muzeów i wnętrza zabytkowych świątyń. Realizując reportaż nie można popełnić podstawowego błędu, który robi wielu podróżników z aparatem. Przywożą ze swej podróży np. wyłącznie 500 portretów.  Być może jest to interesujący materiał na niewielką wystawę.  Ale ciekawego materiału w kolorowym magazynie nie da się tym zilustrować. Doradzałbym osobom zajmujących się fotografią podróżniczą, aby unikały monotematyczności i powielania jednego kadru w czasie całej swej podróży. Różnorodność jest kluczem do sukcesu.

[SG]: Czasem można spotkać się z opinią, że to nie aparat robi zdjęcia, tylko człowiek. Dlaczego zatem praktycznie wszyscy zawodowi fotografowie posługują się drogim, profesjonalnym sprzętem. Czy rzeczywiście tanim aparatem można uzyskać dobre efekty?

[MW]: Najważniejszą cechą sprzętu dla zawodowca jest niezawodność. Niezawodność najczęściej wynika z dobrych materiałów i technologii. W rezultacie daje to często drogi sprzęt. Jednak także tanim aparatem można uzyskać bardzo dobre efekty.

[SG]: Czyli to jest główny powód, dlaczego zawodowcy mają naprawdę drogie zabawki?

[MW]: Tak. Z mojego punktu widzenia istotne jest to, aby aparat miał uszczelniony korpus. Kurz, piasek, pył, wilgoć to wszystko powoduje, że aparat może ulec awarii. Z kolekcji aparatów, które miałbym wybrać dla siebie szybko wypadają te wszystkie, które nie mają uszczelnionego korpusu. Do tego przydają się dobre obiektywy. Wiadomo że obraz uzyskany na zdjęciu może być na tyle dobry, na ile dobry masz obiektyw. Zatem z jednej strony w miarę dobry korpus z drugiej w miarę dobry obiektyw. Istotną cechą w moim przypadku jest także jego waga. Poruszając się cały dzień, w różnych warunkach nie mogę dźwigać wielkiego i ciężkiego plecaka. Pamiętam, że fotografując nie powinienem zwracać na siebie uwagi. Zatem sprzęt musi być lekki i stosunkowo niewielkich rozmiarów. Dlatego posługuję się na dobrą sprawę sprzętem klasy powszechnie opisywanym jako „dla zaawansowanych fotoamatorów”. Fotografuje głównie Sony Alfa 700. Uszczelniony korpus, a do tego zeissowskie obiektywy, wprawdzie nie uszczelnianie ale  dające obraz dobrej jakości.

Kiedy testowałem duży aparat, z dużym jasnym ale przez to ciężkim obiektywem, po kilku godzinach nie mogłem ruszać nadgarstkami. Do tego stopnia, że wieczorem przy kolacji nie mogłem unieść szklanki do ust. Trzeba zatem pamiętać, że praca fotoreportera to ciągłe przemieszczanie się i nie można mieć ze sobą za dużo sprzętu. Wiem, że większość swoich tematów mogę zrobić w miarę jasnym obiektywem w zakresie ogniskowym 24-120mm.  Zrobię nim zdjęcia wnętrz, szerokie plany ale też zbliżenia i portret itd.

Zatem zawodowcy wybierają sprzęt z punktu widzenia jego niezawodności. Nie może się on popsuć  w newralgicznym momencie. Niezawodność jest cechą. którą każdy fotograf będzie się kierował przy wyborze sprzętu. Drugą rzeczą, jest przywiązanie do marki. Z biegiem czasu każdy przywiązuje do tego jak mu aparat „leży w reku”. Odpowiada mu układ przycisków, sposób obsługi lub realizowanie podstawowych funkcji przez aparat. Nauka klawiszologii aparatu trwa od 3 do 6 miesięcy. Podobnie jest z obiektywami – po pewnym czasie w torbie pozostają 2 ulubione „szkła”, którymi można zrobić każdy temat. Jestem przekonany, że dyskusje o sprzęcie, które zapełniają fora internetowe, zastępują rozmowy o fotografii. Łatwiej jest dyskutować o technologii wykonania migawki niż o tym co jest na zdjęciach. Najczęściej osoby, którzy mają gigantyczną wiedzę o sprzęcie, nie zrobiły jeszcze dobrego zdjęcia. Jak można sugerować komuś wybór obiektywu kiedy się nie ma pojęcia o fotografii – rozumianej przecież jako sztuka. O tym, czy zdjęcie jest interesujące najczęściej nie decyduje wyłącznie jakiś parametr optyczny.

[SG]: Więc przejdziemy do następnego pytania bo ono właśnie dotyczy oceny zdjęć.

[MW]: Jasne

[SG]: To pytanie wynika w zasadzie dyskusji, która kiedyś się pojawiła na naszym forum fotoszopa. Dotyczyła tego, jakimi kryteriami powinno się oceniać zdjęcie. Czy podczas oceny należy brać pod uwagę  warunki w jakich zostało zrobione zdjęcie? Konkretny przykład był taki: Zdjęcie Yeti na śniegu. Wiadomo, że będzie to wyczyn już sam w sobie, Z racji warunków oświetleniowych to zdjęcie może się jednak okazać przepalone. Co jest ważniejsze? Czy fakt zrobienia niecodziennego zdjęcia, czy przepalony śnieg, który technicznie dyskwalifikuje zdjęcie?

[MW]: Każde zdjęcie można ocenić w kilku warstwach np. w warstwie dokumentacyjnej, w warstwie ilustracyjnej czy artystycznej. Zdjęcie Yeti, o którym opowiadasz może być właśnie  fenomenalne pod względem ilustracyjnym czy też dokumentacyjnym. Takie zdjęcia nie do końca podlegają ocenie artystycznej, ponieważ dominuje tutaj inna warstwa. Jeżeli przypatrzymy się zdjęciom, które są powiedzmy sztandarowymi  zdjęciami w historii fotografii to moglibyśmy w wielu wypadkach zarzucić, że nie do końca spełniają warunki estetyczne. Jeżeli jednak bierzemy pod uwagę znaczenie zdjęcia jako dokumentu historycznego albo dokumentację pewnego zjawiska to wtedy to zdjęcie może się nam wymknąć spod oceny estetycznej. W przypadku ‘Yeti na śniegu’ kierował bym się przede wszystkim zapisem zdarzenia. Wtedy niższy nacisk kładłbym na sprawy techniczno-warsztatowe. Chociaż oczywiście trzeba pamiętać, że fotografik czyli ta osoba, która potrafi tworzyć, bardzo często zrobi zdjęcie dobre zarówno pod względem przekazu jak i estetyki. Jednak gazety w pogoni za sensacją publikują zdjęcia zrobione komórką mające zarejestrować zdarzenie, wówczas nie podlega ono jedynie ocenom estetycznym.

[SG] Np. na konkursach typu  WPP, zdjęcia w większości są technicznie doskonałe, ale czasem można by się przyczepić

[MW] Tak, oczywiście że tak. Konkursy fotograficzne mają to do siebie, że zwykle w regulaminach nie do końca opisane są warunki, pod kątem których zdjęcia będą oceniane. Budowane są różnego rodzaju zespoły JURY, które są tak dobierane, aby jeden zwracał uwagę na elementy estetyczne, drugi kierował się kryterium nowości, aktualności czy też kryterium ważności przekazu. Pamiętajmy, że np. fotografia reporterska ma zupełnie inne zadanie niż np. fotografia kreacyjna. Przy tej drugiej ustawiamy kilka osób, modelujemy światła. Natomiast człowiek, który się porusza z aparatem w tłumie w czasie dramatycznych wydarzeń ma zupełnie inne możliwości. Oczywiście, że powinien to pokazać zgodnie z pewnymi zasadami przekazu, narracji. Bo każdy obraz, jeżeli ma być zrozumiany przez widza, to musi być skonstruowany według pewnych zasad. Od najprostszych zasad mocnych punktów, poprzez bardziej skomplikowane rozwiązania. Należy jednak brać pod uwagę to, że zasady nie istnieją tylko po to żeby istniały. Istnieją dlatego, że my jesteśmy przyzwyczajeni do właśnie takiego czytania obrazu. To jest ułatwianie dla odbiorcy odczytywania znaczenia zdjęć. Pamiętajmy, że żyjemy w pewnym kręgu kulturowym, gdzie od paru tysięcy lat mamy podobne koncepcje w przekazie ikonograficznym, w przekazie związanym z warstwą obrazu. Jeżeli chcemy, żeby widz wychowany w tym samym kręgu kulturowym zrozumiał obraz, powinniśmy te zasady stosować. Mamy wówczas możliwość łatwiejszego dotarcia do naszego widza.

[SG] Marku, wiele podróżujesz z racji swego zawodu. Czy po powrocie do domu masz jeszcze chęć i czas na wypad z rodziną, np. na zagraniczne wakacje?

[MW]:  Nieustannie podróżujemy, głównie z żoną, gdyż dzieci, jak wiesz, są już większe i nie zawsze potrzebują opieki rodziców. Jak były mniejsze to zabierałem je na różne wyjazdy, teraz potrzebują więcej kontaktu ze swoimi rówieśnikami. Bardzo często jednak podróżuję z żoną.

[SG]: Robisz zdjęcia podczas swoich podróży wakacyjnych?

[MW]: Tak, robię, ale nie są to zdjęcia o charakterze przygotowania materiału, wypoczynek jest wypoczynkiem.

[SG]: To znaczy, że robisz wtedy zdjęcia dla siebie, tak?

[MW]: Zawsze staram się robić zdjęcia dla siebie, zawsze staram się robić zdjęcia, z których byłbym zadowolony. Nie robię ich zastanawiając się czy będzie z nich cieszył się fotoedytor, wydawca czy osoba, która zamawiała u mnie zdjęcia. Staram się kierować swoim punktem widzenia. Jeżeli uważam, że dzięki zdjęciom udało mi się przekazać ciekawą opowieść o tym miejscu, w którym byłem, to jestem zadowolony. Natomiast zdjęcia, które robię podczas pobytu z rodziną mają charakter rodzinny, dokumentacyjny. Czasami tylko staram się zrobić pobieżną dokumentację miejsca, aby w przyszłości wrócić i zrobić prawdziwy materiał fotograficzny. Aby zrobić dobry fotoreportaż, trzeba jednak poświęcić na to dużo czasu. Wielokrotnie potrzeba kilku wizyt. Nie da się tego zrobić między barem, plażą, a jazdą na sankach. Trzeba szukać tematów, rozmawiać z ludźmi i fotografować. Na wypoczynek od aparatu też jest potrzebny czas. Trzeba chłodno popatrzeć na swoje zdjęcia. Na ich mocne i słabe strony i wyciągnąć wnioski.

[SG]: nie ma takich sytuacji, kiedy żona mówi: weź zostaw już ten aparat, chodź pójdziemy się pokąpać?

[MW]: Nie, trzeba wszystko robić w odpowiednich proporcjach, nie można przeginać.

[SG]:  Jaką rolę Twoim zdaniem w kształtowaniu umiejętności fotografa odgrywa literatura – podręczniki, albumy? Czy podzielasz pogląd, że jednak najlepszym nauczycielem jest wyłącznie praktyka?

[MW]:  Uważam, że jak zwykle potrzebny jest kompromis. Po pierwsze, wydaje mi się, że bardzo często ludzie nie potrafią czytać książek (być może jest to wina autorów). Jednak większość osób zaczynających przygodę z fotografią ma do dyspozycji świetną książkę, której w życiu nie przeczytają  – instrukcję swego aparatu fotograficznego. Współczesne instrukcje z jednej strony oczywiście opisują aparat, ale z drugiej strony są świetnymi podręcznikami fotografii. Jak wiesz, prowadzę kursy fotografii i wiem, że 80-85% uczestników moich kursów nie przeczytało instrukcji do swego aparatu. Więc nawet nie wie co nim może zrobić. Podobnie jest w przypadku przyszłych adeptów fotografii – nie czytają podstawowej książki jaką jest instrukcja aparatu. Ale wydaje mi się, że wiem dlaczego. Zarówno w instrukcjach jak i w książkach, informacje są przekazywane od pewnego poziomu. Najczęściej od poziomu średnio zaawansowania fotografa, który już w momencie lektury musi wiedzieć co to jest przysłona, migawka, co to jest spust, co to jest ogniskowa itd. Wydaje mi się, że dlatego są potrzebne kursy. Aby obcując z nauczycielem, wyjaśnić te pojęcia. Masa ludzi nie ma czasu lub nie potrafi  interpretować znaczeń pojęć poznawanych z literatury. A jak wiesz, na kruchych podstawach jest budowana jest potem miałka wiedza. Osoby nie rozumiejące treści książek potem mówią o nich wyłącznie źle. Natomiast, osoby, które zdobędą podstawową wiedzę, czytają potem mnóstwo książek. Sięgają do nich codziennie, obserwują przykłady w nich zamieszczone, oglądają albumy, które są  dla nich inspiracją, chodzą na wystawy, szukają galerii ciekawych autorów w Internecie. Musi być jednak zachowana pewna kolejność: solidne rozumne podstawy, a  potem budowana na nich pasja. Trzeba też się pogodzić z faktem, że wszystko już zostało sfotografowane. Nie ma rzeczy na świecie, która nie zostałaby sfotografowana. Wszyscy, którzy myślą, że każdy ich strzał migawki „odkrywa Amerykę” bardzo się mylą. Jeżeli przyjrzymy się zdjęciom wielu autorów, które były zrobione 100 lat temu, to poza strojami, które mogą być odmienne od naszych okazuje się, że ujęcia możemy uznać za w pełni współczesne. Uważam, że trzeba dużo oglądać, trzeba wiele czytać, trzeba przyzwyczaić się do myśli, że byli przed nami inni fotografowie (także do tego, że byli on nas lepsi). Dzięki temu, być może zacznie pojawiać się odpowiedź na pytanie: „Czy jest szansa na to abym mógł wnieść do fotografii coś ciekawego, nowego?”.  Przyznaję, że bliska mi jest średniowieczna koncepcja nauki zawodu: mistrz i uczeń. Pojawiał się uczeń u mistrza, najpierw sprzątał, podglądał, trochę ostrugał a dopiero z biegiem czasu dostawał jakiś samodzielny drobiazg do zrobienia i popsucia. Tak stopniowo uczył się zawodu. To był długi proces. Teraz ktoś rano kupi komórkę (przecież ma aparat 5 mln pixeli), a wieczorem chce za swoje zdjęcie otrzymać nagrodę WPP. 

[SG]: tym ma większe pretensje im droższy kupił aparat…

[MW]: Dokładnie. Kontakt ucznia z mistrzem jest niezbędny. Czy to za pomocą kursu, czy książki, nie ma to dużego znaczenia. Jeżeli kupisz książkę za kilkadziesiąt złotych lub album za nieco więcej niż 100 zł ale znajdziesz w nim chociaż jedno zdjęcie lub jedno zdanie, które Cię zainspiruje, to warte były wydania tych pieniędzy. Wystarczy, owo jedno zdanie, które otworzy oczy i zainspiruje do zrobienia ciekawej fotografii. Do wielu rozwiązań nie dochodzi się wyłącznie metodą prób i błędów. Albo dochodzi się tracąc mnóstwo czasu.

[SG]: Mam jeszcze pytanie, które wiem, że nurtuje wielu początkujących fotoamatorów. Jak fotografować ludzi na ulicy? Czy należy pytać fotografowaną osobę o pozwolenie?

[MW]: Mam doświadczenie ze swoich warsztatów, których uczestnicy boją się fotografowania ludzi. Dlatego przygotowałem takie zadania, które ma przełamać tę bojaźń przed kontaktem z innym człowiekiem. Ale to jest chyba ogólny symptom współczesnych czasów – strach przed rozmową z drugim człowiekiem. Nie jestem zwolennikiem reportażu a’la kłusownictwo – wpadnę, zrobię zdjęcie i spadam. Dla mnie przygotowanie reportażu jest połączone z budowaniem pewnego związku (nici zaufania) pomiędzy mną fotografem, a  fotografowaną osobą. Ludzie boją się przede wszystkim tego, że zostaną sfotografowani i pokazani w złym kontekście. Jak wiesz, nikt z nas nie chciałby być opisany w gazecie, że jest brzydki, biedny i chory.  Fotoreportaże powinny pokazywać prawdę o człowieku, ale problemem jest to, że ludzie boją się prawdy. Każdy z nas ma tendencję do minimalizowania swoich wad i równocześnie każdy ma jakiś kompleks. Czasem te kompleksy tak dominują, że nie widzimy swoich pięknych cech. Tak jest z każdą osobą fotografowaną. Najważniejsze, to mieć kontakt z człowiekiem i zacząć z nim rozmawiać. Bo wtedy ci ludzie przyzwyczajają się do ciebie i zaczyna to być ciekawa praca. Oczywiście street photo, czyli fotografia uliczna zakłada, że chodzisz po ulicy i  pstrykasz różnego rodzaju scenki uliczne. Stara i uznana zasada fotografów mówi, że lepiej przepraszać niż prosić. Myślę, że to jest dobra zasada, zrobić zdjęcie, a potem przepraszać osobę, która ma do Ciebie jakieś pretensje. Kiedy pytasz jakąś osobę czy możesz zrobić jej zdjęcie, ona się bardzo często usztywnia, przestaje być szczera w swoim wyrazie. Zaczyna pokazywać jej zdaniem swoją lepsza stronę. Już nie mówię, że lewy profil, ale ustawia się przy samochodzie, domu czy łodzi.  Przygotowując reportaż, jestem zwolennikiem przygotowania długiego zadania, „wgryzienia” się w problem i przygotowanie czegoś naprawdę interesującego, ciekawego, odkrywczego. Przy okazji porządnie, od początku do końca, z poznaniem tematu i osoby, o której opowiadają zdjęcia. Wiesz jakie to jest istotne żeby najpierw  rozmawiać z ludźmi, a dopiero potem fotografować? Na podstawie takiego związku człowiek się przed tobą otwiera, i naprawdę przygotowujesz fantastyczne portrety, fantastyczny reportaż. Nawet jak nie za bardzo znam język, w którym mogę się potencjalnie komunikować, zawsze staram się porozmawiać. Ostatnio robiłem zdjęcia Arabek na pustyni. Generalnie Arabki nie pozwalają się fotografować. One nie znały żadnego języka obcego poza arabskim, ja z arabskim mam duże problemy. Okazało się, że jak „pogadaliśmy”, kiedy pokazałem zdjęcia swoich dzieciaków i żony to i ze zdjęciami nie było problemów. Powstało kila portretów. Jeżeli chcę się robić dobre zdjęcia ludzi trzeba się nauczyć rozmawiać z nimi. Nauczyć się wsłuchiwać w to co jest dla nich ważne. Wtedy powstają prawdziwe opowieść o tych ludziach – ciekawe zdjęcia.

[SG]: skoro jesteśmy przy zdjęciach ulicznych, w Polsce jest prawo, które nakazuje uzyskanie zgody przed  opublikowaniem zdjęć, jak sobie z tym radzisz? Czy zawsze taką zgodę starasz się uzyskać?

[MW]: Czym innym jest fotografowanie, a czym innym jego publikowanie, to dwie różne rzeczy. Ponieważ fotografować możesz wszystko. Zakazy fotografowania są w większości bezprawne. Jeżeli ktoś mówi, że nie możesz fotografować, nawet jakaś służba mundurowa, radzę zapytać na podstawie jakiego paragrafu. Oczywiście trzeba pamiętać, że są przestrzenie gdzie jest zakaz fotografowania. Jeżeli fotografujesz na czyimś prywatnym terenie, musisz mieć jego zgodę – to jest rzecz oczywista. Moim zdaniem trzeba fotografować wszystko, ale jeżeli potem trzeba to zdjęcie opublikować to warto wystąpić o zgodę. Ja mam na to jeden patent. Jeżeli fotografuje jakąś osobę, to zapisuję jej adres i wysyłam jej odbitki. Jeżeli chciałbym potem opublikować te zdjęcia, to już mam kontakt. Mogę zdobyć wtedy zezwolenie pisemne na publikację wizerunku tej osoby. Bo trzeba pamiętać, że nie wszystkie zdjęcia będziesz publikował, prawda? Tak więc nie ma sensu wciskania każdemu dokumentu do podpisu. Trzeba też pamiętać, że to prawo, które obowiązuje u nas, nie obowiązuje w szeregu innych Państw.

[SG]. Powiedz mi Marku na koniec, gdzie można zobaczyć Twoje zdjęcia.

[MW]: Przede wszystkim na mojej stronie internetowej http://www.waskiel.pl/, ostatnio odnowionej, zawierającej nowe galerie, artykuły. Przygotowuję również nowe formy przekazu  – pojawią się na mojej stronie fotokasty.

[SG]: fotokasty?

[MW]: to są takie multimedialne prezentacje zdjęć (zdjęcia + podkład muzyczny lub słowny) taka ciekawa forma prezentacyjna wykorzystująca multimedialne zalety Internetu.

[SG]: Marku dziękuje Ci za rozmowę.

[MW]. Dziękuję.

Wywiad z Włodzimierzem Barchaczem

 

[Sławomir Gawryluk] Panie Włodzimierzu, od ponad 30 lat związany jest Pan zawodowo i emocjonalnie z fotografią. Czy pamięta Pan ten moment, który zdecydował o tym, że fotografia zajęła w Pana życiu tak istotne miejsce?

Fot.slawekol/plfoto
Fot.slawekol/plfoto

[Włodzimierz Barchacz] O, nawet  – o dziwo – trzy! Bo najpierw chciałbym opowiedzieć Czytelnikowi w dwóch słowach o prapoczątkach mej fotograficznej drogi. Otóż, będąc w czwartej klasie szkoły podstawowej, raptem, nie wiedzieć czemu, “zachorowałem” na upatrzony w witrynie sklepowej aparat Druh Synchro. Po kilku nieprzespanych nocach ojciec ulitował się nad dzieckiem i kupił mi tego Druha. Była to konstrukcja bardzo prosta, aparat miał jeden czas naświetlania, dwie wartości przysłony, a cały był zbudowany z bakelitu. Załadowałem go filmem, i tak uzbrojony dumnie pomaszerowałem do Łazienek Królewskich, gdzie zrobiłem dwanaście zdjęć Pałacu Króla Stasia zza stawu, z małego mostku na nim. Wieczorem zadekowałem się w łazience, i – mając już kopioramkę do odbitek stykowych, pudełko listków papieru formatu 6 x 9 centymetrów, wywoływacz i utrwalacz, a także być może kuwety – tego nie pamiętam, niewykluczone,  że korzystałem ze zwykłych talerzy kuchennych – zrobiłem odbitki. Przeżycie było wielkie, w dodatku nasączone niepowtarzalnym zapachem chemikaliów. Zdjęcia wyszły, i choć były blade, szare, bez kontrastu, skakałem z radości chyba pod sam sufit!
Od tego czasu aparat towarzyszył mi na wycieczkach klasowych, niedzielnych spacerach z rodzicami, potem z kolegą, później z dziewczyną, czy na wakacjach. No i w liceum prowadziłem jakiś czas kółko fotograficzne z dostępem do ciemni, a formalnie harcerską drużynę fotograficzną, bo wstawiono nas w strukturę ZHP. Wtedy już oczywiście Druhem nie fotografowałem. Miałem stary model Zenita, taki z… otwieraną dolną ścianką.

Moment, w którym fotografia zaczęła w mym życiu odgrywać większą rolę przypadł na pierwszy rok studiów ekonomicznych w Szkole Głównej Planowania i Statystyki. Bawiłem się wówczas w takiego kronikarza fotograficznego na naszym wydziale, a także na uczelni. W uczelnianym klubie “Hades” odbył się uroczysty wernisaż prac jednego z malarzy, niestety nie pamiętam nazwiska artysty. Zdajecie z tej uroczystości, z informacją tekstową, zamieścił tygodnik studencki “itd”. I wtedy tez skakałem z radości!

Ale na skakaniu się nie skończyło.

Bo dopiero teraz rozpoczął się okres w mym życiu, który trwa do dziś – nazwijmy go, nieco sarkastycznie, bo jakieś nadęte wydaje mi się użycie tego słowa – publikacyjny. Latałem do “itd”, do “Nowego Medyka”, do “Politechnika”, drukowałem też zdjęcia w gazetach codziennych.

[S.G.] Trzeci moment? Czytaj dalej Wywiad z Włodzimierzem Barchaczem