“Jeśli chodzi o fotografowanie, nie mam sekretów” – rozmowa ze Sławomirem Olzackim

[Sławomir Gawryluk] Panie Sławku, czy pamięta Pan kiedy zrobił Pan Swoje pierwsze zdjęcie?

[Sławomir Olzacki] Moje pierwsze zdjęcie, to właściwie nie było zdjęcie, ale  właściwie rayografia.   Zaprzyjaźniony z rodzicami fotograf, pan Błaszkowski,  wyzbywał się papieru chlorowego, mocno już przeterminowanego. Pokazał  mi jak położyć na tym liść kasztana i wystawić na słońce. Miałem wtedy 5 lat, a efekt zachwycił mnie tak bardzo, że zrobiłem sobie całą kolekcję różnych rayografii, z których byłem niesłychanie dumny. Moja rozpacz, kiedy po jakimś czasie papier się zaciemnił, a obrazy zniknęły była trudna do opisania. Nikt mi nie powiedział, że moje dzieła należało utrwalić.

A pierwsze prawdziwe zdjęcia zrobiłem w jakieś 4 lata później, Smeną 2, którą dostałem od wujka. Fotografowałem kolegów i podwórko, na którym się bawiliśmy. Poczyniłem też pewne próby w fotografii przyrodniczej. W szczycie domu, w którym mieszkałem, uwiła gniazdo para niedużych ptaków. Kiedy w pobliżu przechodził nasz kociak, ptaki te atakowały go bohatersko. Próbowałem to uwiecznić, ale bohaterowie byli mikrych rozmiarów, a scenę dało się fotografować z odległości kilku metrów. Na odbitce formatu 6×9 wszystko to rozpraszało się w szarościach. Pamiętam, że byłem bardzo rozczarowany efektem, niewspółmiernością między tym, co widziałem, a  tym, co zostało utrwalone na zdjęciu.

Bohaterami moich pierwszych fotografii byli ludzie i interesująca sytuacja. To mi zostało. Cała reszta mojej przygody z fotografią polegała na fotografowaniu ludzi i sytuacji.

Z cyklu: „Lato w szpitalu”.

Natknęliśmy się na siebie w szpitalnej toalecie. Wczesny ranek, parę minut po piątej. Słońce odbijało się od budynku naprzeciwko i takie miękkie, połamane wpadało przez okno do nas. “Panie, ja już nie mam siły żyć więcej – zagadnął. – Mam 82 lata, boje się operacji. Chcę umrzeć spokojnie”. “Pan Bóg dal panu życie, i Pan Bóg je zabierze, kiedy czas przyjdzie” – powiedziałem. “Mówi pan, jak nasz ksiądz proboszcz” – odrzekł niepocieszony. Patrzyłem na niego i nagle mnie oświeciło.”Stój pan tu – powiedziałem – pójdę po aparat i zrobię panu zdjęcie”. “Po co? Jestem stary i brzydki?”. “Bo to może ostatnie zdjęcie, jakie ktoś panu w życiu zrobił”. Poczekał. I patrzył w obiektyw w świadomości tego, ze jego wizerunek przeżyje jego i mnie – odbitego w lustrze.

Lipiec 2008, wczesny ranek. Zorka 4, Orion 15, Fuji Superia 1600.

[S.G.]Fotografia reporterska stała się Pana codziennością. Czy czuje się Pan od niej uzależniony?

[S.O.] Nigdy o tym nie myślałem w tych kategoriach.  Etat fotoreportera w „Na przełaj” dostałem jako bardzo młody człowiek, miałem 19 lat, byłem na pierwszym roku studiów. Zanim dostałem etat, przysyłałem redakcji swoje zdjęcia, były publikowane.  Z czasem dostawałem nawet zlecenia na tematy. W liceum z kolegami redagowałem szkolną fotogazetkę „Paralaksa”. Właściwie od szesnastego roku życia patrzę na rzeczywistość w kategoriach tematów. Nie kadrów a tematów. To istotne rozróżnienie. Fotograf artysta widzi kadry, światło, układ plam czy linii. Reporter widzi tematy i myśli czy są ważne, a później, jak je zawrzeć w kadrze.

Fotografia reporterska jest językiem opowiadania o świecie językiem obrazu. Interpretowania go w takim sensie, że eksponuję sprawy i ludzi, którzy wydają mi się ważni, a pomijam to, co uważam za nieistotne. Nie o wszystkim warto przecież opowiadać.

Jeśli w ten sposób traktuje się fotografię, to ona staje się sposobem życia, istnienia w świecie. Myślenie o tematach, robienie zdjęć staje się taką czynnością jak oddychanie, czy jedzenie.  To nie jest jakaś wydzielona czynność.

Noc pizzy w u franciszkanów

Noc pizzy w u franciszkanów

Zobaczyłem ich w ostatniej chwili. Szli bardzo szybko, bardzo radośni. Nie biegam szybko, ale jakoś udało mi się ich wyprzedzić, po drodze zmieniając obiektyw. Zobaczyli mnie i jeden z nich się uśmiechnął.

Zdjęcie było publikowane w „National Geographic” w wydaniu z grudnia 2008 roku, niestety amerykańskim.

Asyż, lipiec 2006 roku

Mój syn ma oczywiście aparat fotograficzny. Mieszka w pięknym mieście, ma wielu znajomych. Kiedy pytam go czemu tak mało robi zdjęć, odpowiada mi, że nie ma na to czasu.  Dla niego czas fotografowania, to taki czas wydzielony jak czas na grę w piłkę, czy pójście do kina. Dla mnie fotografowanie jest czymś, co często wykonuję mimochodem – widzę coś, co wywołuje we mnie reakcję i odruchowo robię zdjęcie. Jeśli nie mam pod ręką aparatu, to telefonem komórkowym.

Nie zastanawiałem się jednak nigdy nad tym, czy jestem od fotografii uzależniony, tak jak nie zastanawiam się nad tym, czy jestem uzależniony od oddychania – po prostu oddycham.

[S.G.] Jest Pan laureatem wielu konkursów fotograficznych. Wyróżnienie w którym konkursie jest dla Pana szczególnie cenne?

[S.O.] Trudne pytanie.

Bardzo ważna była i pozostaje dla mnie moja pierwsza poważna nagroda w XX ogólnopolskim Konkursie Fotografii Prasowej w 1976 roku. To był konkurs tylko dla zawodowych fotoreporterów, jakiś odpowiednik Grand Press Photo. Proszę pamiętać, że był to czas kiedy fotoreportaż w Polsce stał mocno, więc konkurencja była silna. Ja miałem wtedy 20 lat i byłem początkującym fotoreporterem. Byłem najmłodszym laureatem w historii tego konkursu. Szybko, przebojem wręcz, wszedłem do czołówki i to na dobre zatrzymało mnie przy fotoreportażu.

Najważniejszy był z kolei udział w Word Press Photo w roku 1987.  Przede wszystkim z powodu rangi tego konkursu, światowego przecież i tylko dla profich. Byłem siódmym Polakiem, którego zdjęcia znalazły się na WPP. Uroczystość wręczenia nagród w Amsterdamie odbywała się w katedrze, w której koronowani są królowie Holandii, prowadził ją minister spraw zagranicznych Holandii,  a laureatom towarzyszyli ambasadorowie ich państw. Miałem wtedy okazję nie tylko poznać najwybitniejszych fotoreporterów na świecie, ale i rozmawiać z nimi jak równy z równym.

Duże wrażenie zrobiła na mnie rozmowa z Janett Knott, laureatką Złotego Oka. Dostała ją za sfotografowanie rodzin załogi promu kosmicznego Challenger, który spłonął wkrótce po starcie. Podczas kiedy licznie zgromadzeni na miejscu startu fotoreporterzy skupili swoją uwagę na płonącym promie, Janett odwróciła się i fotografowała rodziny załogi. Były to wstrząsające zdjęcia. Powiedziała mi: „wiesz, teraz wiem na pewno, że w naszym zawodzie najważniejsi są ludzie”.

Żałowałem, że nie udało się porozmawiać z fotoreporterami z ZSRR. Otrzymali nagrody za zdjęcia z katastrofy elektrowni atomowej w Czarnobylu. Wkrótce po zakończeniu oficjalnej części uroczystości, a przed częścią towarzyską, wraz ze swoim ambasadorem opuścili katedrę.

Udział w WPP był dla mnie ważny z jeszcze jednego powodu: zdjęcie zrobiłem po kilkuletniej przerwie w wykonywaniu zawodu fotoreportera. W czasie tej przerwy byłem doktorantem profesora Jerzego Szackiego w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego. Wahałem się pomiędzy fotografią a socjologią. Szczęśliwie dla fotografii nie zostałem jednak w Instytucie.

Zdjęcie z WPP otrzymało też nagrodę w XXVII z kolei Ogólnopolskim Konkursie Fotografii Prasowej. Zabawne jest to, że tytuł zdjęcia „Kobiety rzucają wyzwanie”, został w druku przekręcony i na dyplomie mam napisane „Kobiety rzucają wyznanie”.

Dwa oblicza władzy

Dwa oblicza władzy/Two Faces of Power

Warszawa, Mistrzostwa Europy w kulturystyce 1986. Zawodniczka na zdjęciu, reprezentantka Holandii, uchodziła za pewną kandydatkę do tytułu mistrzowskiego. Jeszcze przed ogłoszeniem wyników fotoreporterzy wyciągnęli ją przed Torwar i fotografowali na tle muru. Ja siedziałem na trawniku i paliłem extra mocnego. Zauważyłem, że na górze gromadzą się gapie i obserwują “plener” na dole. Założyłem standard. Fotoreporterzy mieli teleobiektywy, więc widzieli tylko zawodniczkę i mur. W pewnym momencie na górze stanął patrol milicyjny. Ona zauważyła ich kątem oka, odwróciła się i pokazała muskuły. Wtedy nacisnąłem migawkę.

Zdjęcie było na wystawie World Press Photo w Amsterdamie, uzyskało też nagrodę na Ogólnopolskim Konkursie Fotografii Prasowej. W Polsce wystawiłem je pod tytułem „Kobiety rzucają wyzwanie”.

Do dzisiaj zdjęcie to drukowane jest przez znane wydawnictwo Art Unlimited  (http://www.artunlimited.com/catalog/catalogItem.do?cataloglist=true&artnr=B0799&pager.offset=0&title=Slawomir%20Olzacki%20Olzacki/Two%20faces%20of%20power/WPP%20Postcards%20B0799) i sprzedawane po 0,90 euro we wszystkich dobrych sklepach na całym świecie. Dochód ze sprzedaży zasila konto fundacji przyjaciół World Press Photo, bo tak postanowiłem w roku 1987.
Canon New F1, Fotopan HL, 400 ASA

Za swój największy sukces uważam jednak nie moją nagrodę, także w World Press Photo. Nagrodę tę otrzymał fotoreporter z Kaługi, Kola Nizow. W czasie pobytu w Polsce Kola pokazał mi kilka swoich zdjęć. Były świetne, więc zacząłem go namawiać do wysłania ich na WPP.  Dał się przekonać. Wysłał. Dostał złoty medal.  W albumie, który mi później podarował, nazywa mnie „ojcem chrzestnym” swojego sukcesu. Jest to jedna z moich cenniejszych pamiątek. Planowaliśmy z Kolą wspólne przedsięwzięcia fotograficzne, ale kontakt niespodziewanie się urwał. Po latach przypadkowo zupełnie dowiedziałem się, że Kola zmarł nagle. Na domu, w którym mieszkał, jest dziś pamiątkowa tablica.

[S.G.] Wiem, że wciąż fotografuje Pan aparatami analogowymi. Czy Pana zdaniem fotografia cyfrowa wniosła do fotografii reporterskiej więcej złego czy dobrego?

[S.O.] To prawda, nadal używam analogów kiedy to tylko jest możliwe. Różne „udogodnienia”, oferowane przed producentów cyfrówek, stabilizatory obrazu, wielostrefowe systemy ustawiania ostrości i pomiaru światła, niezbyt mi się przydają. Analog z jego manualnym fokusem jest nadal na ogół szybszy od najszybszej cyfrowej lustrzanki. Optyka analogów wciąż  pozostaje niedoścignionym wzorem dla cyfrowej. Automatyka uwalnia wprawdzie ręce, ale nie zwalnia od myślenia, ani nie zastępuje oka. I jeszcze jedna ważna sprawa – tylko przy analogu dotykamy magii fotografii. Przeżywamy ten cień niepewności, jak wyjdą zdjęcia. Bo nie ma podglądu.

Elektryczna panna młoda

Elektryczna panna młoda

Mieli już wychodzić do ślubu. Nagle zaczął padać deszcz. Zatrzymali się w progu. Chłopcy z kwiatami schronili się pod ścianą.

Goworowo, 20 czerwca 1981 roku

Kiev 4, Kodak Tri X, 400 ASA

Są jednak sytuacje, w których i ja zmuszony jestem używać cyfry. Po pierwsze wtedy, gdy ważny jest czas oddania zdjęć. Po drugie – we wszystkich sytuacjach oficjalnych, na przykład pielgrzymce Benedykta XVI do Polski, czy ostatnio przy odsłonięciu pomnika ofiar smoleńskiej katastrofy. Muszę uwzględniać to, jak jestem postrzegany przez kolegów i co ważniejsze, przez służby porządkowe. Są sytuacje, w których zmuszony jestem wyglądać jak profi. Kiedy jednak przed rokiem byłem honorowym gościem Kongresu Kultury Polskiej (w dowód uznania za moje zdjęcia, zrobione w czasie pamiętnego Kongresu w 1981 roku, przerwanego stanem wojennym) i na mojej szyi wisiała wizytówka VIP, fotografowałem analogowo.  Uważam, że dzięki temu mam ciekawsze zdjęcia niż fotoreporterzy cyfrowi akredytowani przy Kongresie.

Fotografia cyfrowa wniosła rzeczy dobre i rzeczy złe do fotografii w ogóle.

Największym dobrem jest chyba to, że upowszechniła fotografię. Dzięki cyfrowej rewolucji znacznie więcej osób robi teraz zdjęcia. Digitalizacja sprawiła też, że te zdjęcia mogą być publikowane w Internecie, są w społecznym obiegu.

Ludzie zamieszczają je nie tylko w portalach fotograficznych czy społecznościowych, ale także wysyłają w mailach. Coraz większa liczba ludzi opowiada o swoim świecie za pomocą uniwersalnego języka obrazu fotograficznego.

W przypadku reportażu to dzięki fotografii cyfrowej możliwa jest kariera w rodzaju „reporter tvn24” .

Tu jednak zaczynają się niebezpieczeństwa. Ponieważ największy popyt wydawców jest na wypadki i katastrofy, wielu reporterów-amatorów staje się zwykłymi gapiami. Gapiami stają się też odbiorcy ich zdjęć.  Tymczasem prawdziwy reportaż to jednak interpretacja rzeczywistości.

Drugim niebezpieczeństwem fotografii cyfrowej jest nadprodukcja zdjęć. Zrobienie zdjęcia nie zużywa filmu, nic nie kosztuje. Ludzie robią więc ogromne ilości banalnych, bezsensownych ujęć podobnych do siebie jak dwie krople wody. Zachęcają ich do tego reklamy sprzętu – 5, 7, 9, 10 klatek na sekundę. Przeświadczenie, że im więcej klatek, tym łatwiej wybrać genialne ujęcie jest złudne. To trochę tak, jakby wierzyć, że jeśli przy milionie klawiatur posadzi się milion małp i one będą bezładnie stukały w klawiaturę, to kiedyś napiszą „Pana Tadeusza”.

Robienie zdjęcia jest aktem interpretacji rzeczywistości. Musimy wiedzieć co chcemy zdjęciem powiedzieć i dlaczego, zanim jeszcze naciśniemy migawkę.

Zawód, czy powołanie?

Szpital w Makowie Mazowieckim, ksiądz Józef Śliwka w czasie wizytacji szpitala. Szpitale zaczynały wtedy zatrudniać kapelanów.  Listopad 1990 roku.

Canon New F1, Fotopan HL, 400 ASA

[S.G.] Lada dzień ukaże się Pana książka  – wydana w formie elektronicznej. Do jakiego czytelnika kieruje Pan zawarte w niej porady?

[S.O.] Pisałem te porady przede wszystkim z myślą o ludziach, którzy chcą fotografować z sensem, a nie bardzo mają czas na czytanie obszernych podręczników fotografowania. Pisałem z punktu widzenia praktyka. Najczęściej jest tak, że mamy sfotografować jakiś temat: wydarzenie rodzinne, zawody sportowe, jakąś imprezę w szkole. Dlatego poszczególne rozdziały poświęcone są konkretnym tematom. Nie trzeba zatem czytać całości, wystarczy przed fotografowaniem przeczytać potrzebny rozdział.

Jest to książka dla tych, którzy już mają, albo wkrótce będą mieli aparat cyfrowy, ale przedtem nie zajmowali się fotografią.

Myślę jednak, że i bardziej zaawansowani fotoamatorzy znajdą tu wiele cennego materiału do przemyśleń. Do skonfrontowania swojej wiedzy i praktyki z wiedzą kolegi po fachu. To się bardzo przydaje. Sam mam zwyczaj przeglądać różne książki o fotografii, bo często znajduję w nich jakiś oryginalny pomysł, radę, której warto spróbować.

Mam nadzieję, że lektura moich porad książka uchroni Czytelników od najczęściej popełnianych błędów i sprawi, że ich albumy ze zdjęciami będą pełne interesujących zdjęć.

[S.G.] No właśnie, czy może Pan zdradzić swoją tajemnicę, a przynajmniej jej część? W czym leży sekret interesującego zdjęcia?

[S.O.] Jeśli chodzi o fotografowanie, nie mam sekretów. O tej części fotografowania, którą robię świadomie, jestem w stanie powiedzieć wszystko: co, jak, dlaczego tak, a nie inaczej. Często zdarza mi się pracować zespołowo, robiąc ten sam temat, w tym samym miejscu i czasie z kolegami. Poziom naszych umiejętności jest właściwie ten sam. Rzecz w tym, że każdy z nas ma trochę inne ujęcia, w innym momencie naciska migawkę. Bo coś innego wydało mu się ważne, inne rozmieszczenie planów, inna głębia ostrości. Ta część fotografowania, szczególnie jeśli chodzi o fotografowanie wydarzeń,  odbywa się na poziomie podświadomych odruchów. I oczywiście później jesteśmy w stanie wyjaśnić dlaczego zrobiliśmy tak, a nie inaczej, ale w chwili fotografowania wszystko dzieje się tak szybko, że na myślenie, analizę wariantów i możliwości po prostu nie ma czasu. Dlatego wiedza o fotografowaniu to jedno, samo zaś fotografowanie, to drugie.

Ja bym to może porównał do mówienia i pisania. Otóż każdy z nas zna zasady gramatyki i ortografii. Mamy podobny zasób słów. A jednak każdy to samo wydarzenie opowie inaczej, na coś innego położy akcent, inna będzie kolejność narracji, inne dobór słów. To kwestia stylu.

I tu właściwie dotykamy sprawy najważniejszej: motywacji. Fotografia, nawet jeśli traktować ją jako hobby, uczy pewnego stosunku do życia i rzeczywistości. Bardzo dobitnie uświadamia, że nic nie zdarza się dwa razy. Nawet jeśli fotografujemy krajobraz, nigdy warunki nie są takie same.  Chwile, z których składa się nasze życie, są niepowtarzalne. Życie biegnie nieustannie naprzód, zmieniają się ludzie, jedni odchodzą na zawsze, inni przychodzą na świat. Zmienia się wygląd naszych miast i wsi. Zmienia się krajobraz. I to, co teraz wydaje się zwykłe i pospolite za kilkadziesiąt, a nawet kilkanaście lat, staje się egzotyczne i interesujące dla młodszego pokolenia. Z naszych dróg zniknęły furmanki, z pól konie. Nie ma stad wróbli na poboczach. To wszystko może przetrwać tylko na fotografiach.

Zanim nakręcił „Vabank”

Zanim nakręcił „Vabank”

Juliusz Machulski, wtedy jeszcze student łódzkiej filmówki. Zaczynało być o nim głośno. Redakcja „Na przełaj”, w którym byłem wtedy etatowym fotoreporterem, postanowiła zamieścić z nim wywiad oraz dać zdjęcie na okładkę. Zdjęcie okładkowe, kolorowe, przedstawiało Machulskiego w drzwiach miejskiego autobusu, czerwonego jelcza-ogórka. To robiłem na tyłach placu Trzech Krzyży w Warszawie. Machulski był speszony, pogoda nieświetna. Niełatwo było o dobre ujęcie. Później żałowałem, że w tle nie przechodził Murzyn z wielkim dogiem. No cóż, wtedy nikt z nas jeszcze nie wiedział…

Praktica LTL, ORWO NP. 27

Nasze dzieci rosną i dorośleją niewyobrażalnie szybko. Odchodzą na zawsze wujkowie, ciocie, dziadkowie. Fotografia została wynaleziona z wielkiej potrzeby utrwalania obrazów.

Fotografujemy przede wszystkim sercem. Brzmi to banalnie, ale myślę, że to jest największa tajemnica udanych zdjęć: chcieć opowiadać o świecie, wiedzieć, że on się zmienia, szanować naszą codzienną rzeczywistość, pamiętać, że wszystko jest ulotne.

[S.G.] Bardzo dziękuję za rozmowę.

[S.O.] Ja również dziękuję.

13 odpowiedzi do ““Jeśli chodzi o fotografowanie, nie mam sekretów” – rozmowa ze Sławomirem Olzackim”

  1. Bardzo ciekawy wywiad. Kto będzie chciał wiele się z niego może dowiedzieć nt. świetnego rzemiosła Autora tych zdjęć. Pozdrawiam Cię Sławku :-)))

  2. Cieszę się bardzo, że mogłem przeczytać ten wywiad. Sławek potrafi ciekawie mówić o fotografii i życiu. Myślę, że książka, którą napisał, będzie inspirującym źródłem wiedzy nie tylko dla początkujących.

  3. Ciekawie opowiadana historia fotografa i fotografowania.
    Zbyt szybko się skończyła, a poczytałbym jeszcze.
    Zaintrygował mnie Pan Sławek i ciekaw jestem jego zapowiedzianej publikacji.
    Czy będzie dostępna na FotoSzop.pl ?
    Pozdrawiam

  4. Dobry wywiad z wyważonymi opiniami. Inspirujący dla ludzi ciekawych przekazania od siebie obrazem własnej wizji świata.

  5. Tak,to bardzo ciekawy wywiad z ciekawym człowiekiem na temat fotografii. Można między wierszami wyczytać to, co wielu topowych fotografów nie mówi. Podbudował mnie jego stosunek do fotografii analogowej, bo czasem sporadycznie korzystam z lustrzanki praktica super tl i jest to jakby relaks po pracy z dwoma korpusami cyfrowymi. Zgadzam się, że tamta fotografia uczy cenić i przeżywać kadr, zanim się naciśnie migawkę.

  6. Dzięki za ten wywiad, zainspirował mnie on do ‘odkurzenia’ mojego aparatu analogowego:)

  7. Bardzo ale to bardzo ciekawy wywiad. Najbardziej, wręcz poruszyły, mnie słowa “Fotografujemy przede wszystkim sercem.”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *